Włoskie epicentrum koronawirusa a europejska gospodarka

PAULINA ANNA WOJCIECHOWSKA

Zaplanowany od ponad miesiąca kilkudniowy wypad do Rzymu stoi pod znakiem zapytania. Koronawirus dotarł do Włoch. Media donoszą o kwarantannie, panice w sklepach, odwoływaniu lotów. „Lepiej nie lecieć” – słyszę co chwilę. Jako, że nie przepadam za panikowaniem, a lubię fakty liczby i tabelki – intensywnie śledzę te właśnie twarde informacje, w tym oficjalne z włoskiej strony. Wynika z nich jasno, że epidemia owszem jest – ale na północy. W chwili mojego odlotu (28 lutego) w całej prowincji Lacjum są 3 przypadki (pierwszy z nich to chińscy turyści z Wuhan), wszystkie 3 wyleczone. Wiem, że choroba raczej nie jest niebezpieczna dla względnie młodej, względnie zdrowej osoby, a ogólna śmiertelność wynosi 1-3%. Oczywiście nie chciałabym także nikogo zarazić, ale zdaje sobie sprawę, że przy obecnej „skali epidemii” prawdopodobieństwa jest niewiele. Moje obawy dotyczą więc nie tyle samego wirusa, co związanej z nim paniki – możliwości odwołania mojego powrotnego lotu lub prawdopodobnej obowiązkowej kwarantanny w szpitalu.

Dzień przed moim wylotem w Polsce nie ma jeszcze żadnego zdiagnozowanego przypadku koronawirusa, jednak w Warszawie nie da się już kupić maseczek. Na szczęście mogę jeszcze kupić w aptece chusteczki do dezynfekcji do rąk. Pamiętając o ogólnych zaleceniach (częstym myciu rąk, nie dotykaniu twarzy brudnymi rękami i trzymaniu się z daleka od osób kaszlących i kichających) –  decyduje się nie odwoływać kilkudniowego wypadu.

W autobusie, który na lotnisku wiezie pasażerów spod bramki do samolotu koronawirus wydaje się być najgłośniejszym tematem. Choć ci, którzy zdecydowali się polecieć raczej z niego żartują niż panikują. Podczas obu lotów (do Rzymu i powrotnego do Warszawy) obowiązują dodatkowe procedury. Na Fiumicino pasażerowie testowani są za pomocą kamer termowizyjnych, które mogą wykryć podwyższoną temperaturę. Na podwarszawskim Modlinie tuż po wylądowaniu samolotu podjeżdża do nas karetka – wychodzący z samolotu pasażerowie są badani bezdotykowym termometrem. Zostawiamy też ankiety z danymi o naszym locie i danymi kontaktowymi – w razie zachorowania jednego z pasażerów będzie łatwiej nas „namierzyć”. Oba samoloty są napełnione mniej więcej w 30% – co nie jest typowe na trasach obsługiwane przez tanie linie. Nie dziwi mnie zatem polityka ograniczania i odwoływania lotów w najbliższych tygodniach.

Jednak koronawirus to nie tylko konieczne w takiej sytuacji procedury bezpieczeństwa. Niemal na każdym kroku dostrzegam informacje o wirusie. W komunikacji publicznej rozwieszone są zasady postępowania. Na ekranach w metrze większość informacji poświęcona jest epidemii. W telewizyjnych programach dyskutuje się np. o konieczności zamknięcia szkół. Pierwsze strony najpopularniejszych krajowych dzienników poświęcone są wirusowi. Już przy pierwszych espresso doppio w Il Messangero mogę przeczytać o chińskich turystach leczonych w rzymskich szpitalu (tych samych, którzy byli pierwszymi chorymi we Włoszech) – dziękują lekarzom, a tak właściwie to czują się w Rzymie jak w domu i nie chcieliby wracać do Wuhan.

Maseczki, choć nie zalecane dla osób które ani nie podejrzewają, że mogą być nosicielami wirusa ani nie zajmują się osobami chorymi, są jednak powszechne wśród turystów odwiedzających Wieczne Miasto. I także przypominają o zagrażającej wszystkim epidemii.

Odwiedzane przeze mnie sklepy wyglądają normalnie – nie widać objawów paniki, czy wykupywania artykułów żywnościowych. Sporadycznie widzę zamknięte sklepy czy restauracje. [1] „Większość Rzymian uważa, że za kilka dni wszystko się zacznie” – powiedziała dla Polska the Times Polka mieszkająca w Rzymie, mówiąca także, że dla niej widoczne jest napięcie zarówno wśród miejscowych, jak i wśród turystów. Z perspektywy turystycznej to napięcie jest jednak trudno dostrzegalne. Spędziłam w Rzymie kilka tygodni na kursie językowym, jednak to było w 2006 roku, na przełomie sierpnia i września –  a więc w szczycie sezonu turystycznego, minęło zatem wiele lat i trudno o zmiany winić wirus. Dostrzegam choćby znacznie więcej uzbrojonych policjantów – co prawdopodobnie wynika z faktu, że w 2006 roku znacznie rzadziej myślało się o bomach wybuchających na koncertach, kierowcach wjeżdżających w robiących zakupy na targu, czy nożowników.

Liczba turystów w Rzymie podobno mocno spadła … podobno, bo na co dzień trudno ten spadek zaobserwować. Nadal jest ich bardzo dużo. Przy Koloseum czy Fontannie di Trevi trudno mi wytrzymać, a żeby zobaczyć słynny widok na Bazylikę Świętego Piotra przez dziurkę od klucza na Awentynie muszę stać w kolejce ponad 20 minut. Głosy o tym, że turystów jest mało słyszę z każdej strony, potwierdza to liczba wolnych miejsc w hostelach i dużo korzystniejsze ceny oraz na ogół puste restauracje. W 2006 roku byłam w Wiecznym Mieście w szczycie sezonu turystycznego i bardzo szybko nauczyłam się omijać najbardziej znane atrakcje… jeśli jednak to co widziałam teraz oznaczało niewielki ruch turystyczny – to nie chcę nawet myśleć, jak wygląda szczyt sezonu kilkanaście lat później, gdy podróżowanie stało się znacznie bardziej popularne.

Przy poniedziałkowej  (2 marca) porannej kawie w „zwyczajnym rzymskim barze” (gdzie jestem jedyną turystką, a pozostali goście znani są kelnerowi z imienia)  koronawirus jest także tematem numer jeden. Na dwadzieścia kilka milionów euro oszacowana jest suma strat, jakie ponosi włoska gospodarka z uwagi na ograniczenia w handlu oraz spadek liczby turystów [2] .Miejscowi są oburzeni, że dotyka to także Rzym, gdzie jedyne zdiagnozowane przypadki dotyczyły albo chińskich turystów, albo wydarzyły się w okolicach Wiecznego Miasta (jedna osoba przewieziona z lotniska, kontrola wykryła gorączkę a testy potwierdziły koronawirusa, dwoje uczniów w szkole) [3]. Zanim wirus dotarł do Rzymu, dotarła tu jednak przedwirusowa panika. Gospodarka i turystyka ucierpiały zanim tak naprawdę pojawili się chorzy.

Z jeden strony, oczywiście mnie to martwi. Z drugiej – w pamięci mam popularną w internecie grafikę, na której widać jak bardzo poprawiło się powietrze nad Chinami.  Chwilowo zmniejszyło się spalanie CO2. Globalna panika ma więc swoje dobre strony.

Na niedzielnej modlitwie Anioł Pański z papieżem Franciszkiem nie ma tłumów pielgrzymów. Wyraźnie przeziębiony papież (poddany zresztą testom na koronawirusa) nie porusza w swojej przemowie tematu epidemii. Inaczej jest na mszy odprawionej w bazylice św. Piotra przez starszego księdza. Słyszymy, że „dziś wszyscy boją się koronawirusa, ale chrześcijanie powinni się raczej bać szatana i jego zwodniczego głosu”. To pierwsza niedziela Wielkiego Postu, a niedzielna Ewangelia opowiada o kuszeniu poszczącego na pustyni Jezusa przez Złego Ducha. Myślę o innych bardzo ważnych obawach, które w mediach są mniej obecne, bo tematem numer jeden jest wirus. O kolejnej fali uchodźców, o której wspominał papież Franciszek w swoim orędziu; o fatalnej jakości polskich szpitali, o czym w ostatnich tygodniach dane mi było się przekonać naocznie podczas odwiedzania dziadka; o tym, że pierwszego marca skończyła się najcieplejsza z polskich zim, co jest objawem znacznie poważniejszej „globalnej epidemii”. Nie chcę lekceważyć zagrożenia koronawirusem i na pewno – jeśli pojawią się jakiekolwiek niepokojące objawy zgłoszę się do lekarza – jednak w podróżach bliższych i dalszych nie raz przekonałam się, że o realnych zagrożeniach (jak zły stan dróg i pojazdów, czy „zwykłe” choroby) mówi się znacznie mniej, a w ostateczności to one mają większą szansę zagrozić mojemu bezpieczeństwu.


[1] Kiedy już po moim powrocie do Polski pojawiają się nowe zakażenia bezpośrednio w samym Rzymie, zaczynają być odwoływane imprezy masowe np. Maraton Rzym-Ostia, którzy organizatorzy potwierdzali jeszcze 2 marca, a 3 marca został odwołany.

[2] Źródłem jest zasłyszana barowa rozmowa, czyli tak zwany dowód anegdotyczny. Obecnie za wcześnie jest na dokładniejsze dane, szacunki możemy znaleźć na https://www.bbc.com/news/business-51650974 . Szacuje się też, że z powodu epidemii wirusa całe Włochy może odwiedzić 5 mln turystów mniej, a przychody branży turystycznej spadną o 5%.

[3] Warto zaznaczyć, że właśnie w poniedziałek 2 marca sytuacja zaczęła się zmieniać, od tego czasu liczba chorych w prowincji Lacjum codziennie się podwaja. Na dzień 5 marca 2020 w całej prowincji Lacjum chorych jest 44 osób.


* Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum autorki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: